czwartek, 31 października 2013

Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku. Stary Cmentarz. (Zakopane).

   
"...są ludzie i narody całe na przedwczesną
śmierć skazane, przez losów okrutne przekleństwo..."


                                                                                            Fragment wiersza "Schnąca Limba"
                                                                                            K. Przerwa Tetmajer
 
Czaszka na Pęksowym Brzyzku
   Dzień Wszystkich Świętych to czas zadumy, kontemplacji i refleksji. Podczas tej rzymskokatolickiej uroczystości mamy chwilę na zwolnienie biegu życia oraz uzmysłowienie sobie jak szybko leci czas. Normalnie, na co dzień, nie zauważamy tego i tylko podczas świąt możemy zaobserwować jak wszystko się zmienia dookoła. W ferworze walki z rzeczywistością, obowiązkami i pracą dopiero podczas spotkania rodzinnego na cmentarzu przy grobach własnych przodków zauważamy pewne fakty. Uświadomiwszy sobie jak szybko wszystko ewoluuje dopiero wtedy zaczynamy dostrzegać, jak nieubłaganie tyka czas życia. W telewizji tradycyjnie w święta lecą programy o ważnych osobach, które odeszły w roku oraz o znanych osobistościach kwestujących nie tylko na Starych Powązkach w Warszawie, ale i na różnych innych cmentarzach w Polsce - także i na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. W kweście uczestniczą różne osoby ze świata kultury i sztuki, aktorzy, prezenterzy, dziennikarze i nawet rodowici górale... Elementy te jeszcze bardziej podsycają atmosferę święta Zaduszek i ułatwiają skupienie się nad przemijającym i ulotnym wymiarze człowieczego życia. Symbolem właśnie takiego przemijającego i ulotnego życia jest płomień palącej się świeczki na cmentarzu o zmroku, który miotając się przy każdych kolejnych podmuchach wiatru nie gaśnie i stabilnie oświetla miejsce spoczynku. Symbolizuje to odwieczną walkę z ludzkimi chorobami, które potrafią "zdmuchnąć" w mig życie człowieka. A płomień oświetla tak długo, a właściwie tak krótko, na ile pozwoli mu knot. Knot świeczki to alegoryczny obraz krótkości przemijającego życia... Tym razem - chciałem zabrać Was na wycieczkę po zakopiańskim cmentarzu, który skupia wielu zasłużonych ludzi. A któż to? Zapytacie. Ja odpowiem, że pomoże nam w odpowiedzi bardzo słabo znany wiersz jednego z zasłużonych, który tutaj spoczywa... Mianowicie Adam Pach. Napisał on w nim, że na Pęksowym Brzyzku "Lezom zbójnicy... Góralski doktor w grobowej piwnicy, Niepokaźny grób Sabały, Witkiewic Orkan, ewangeliści górskiego świata... Wesoły Kornelu, drogi przyjacielu... Drugiej wojny bohatery... Zelazne litery... Tajne kuriery... Zdobywca wysokiej pyrci...". Podsumowując - Pęksowy Brzyzek to ostoja dla dusz górskich wędrowników, taterników, ratowników, pisarzy, artystów i ogólnie osób związanych z Zakopane, Tatrami i Podhalem.



Wietrzysko historii...

Główna alejka cmentarza Pęksowy Brzyzek
   Cmentarz nazwany jest przez mieszkańców zakopanego „starym cmentarzem, a jego oficjalna nazwa brzmi: Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku. Swoją nazwę - „Pęksowy Brzyzek”, jak wskazuje informacja znajdująca się przy wejściu do cmentarza, wziął się z tradycji Jana Pęksy, który to ofiarował w 1848 roku swój grunt pod cmentarz. Jako że grunt znajdował się na skarpie (zlokalizowanej na wysokim brzegu), która w języku góralskim oznaczała „brzyzek” stąd też, nazwa cmentarza powstała z połączenia nazwiska właściciela i owej skarpy. Skarpa ta położona jest nad potokiem Cicha Woda blisko zbiegu z Białym Potokiem. Jak głosi "Kronika Parafialna" cmentarz powstał po 1850 r., a jego kamienny parkan dwadzieścia lat później. W związku z powyższym był to pierwszy zakopiański cmentarz. Od momentu kiedy powstał drugi cmentarz w 1908r. z inicjatywy ks. K. Kaszelewskiego - Pęksowy Brzyzek przestał być jedynym cmentarzem w Zakopanem i stał się również starym cmentarzem. Stąd druga nazwa "Stary Cmentarz". Pęksowy Brzyzek na początku był cmentarzem na którym chowano tylko lokalnych mieszkańców, górali, nieznane osoby młode, ofiary gruźlicy i ofiary wypraw w Tatry. Zwłaszcza "Tym" ostatnim oddaję hołd wyszukanymi słowami fragmentu wiersza Kazimierza Przerwy Tetmajera na wstępie mojego artykułu. Pierwszą sławną osobą, która pochowano na tym cmentarzu był "król Tatr" - Tytus Chałubiński. Po tym czasie tj. po roku 1889 utrwalił się zwyczaj chowania na tym cmentarzu osób zasłużonych. Natomiast w 1931 r. cmentarz został uznany jako zabytkowy i w konsekwencji tego pozostawał pod stała ochrona konserwatorską. Cmentarz ten obok wspominanej roli zabytku i miejsca pochówku osób zasłużonych dla Zakopanego i Tatr pełni też role cmentarza parafialnego. Oznacza to, że do pogrzebu na tym cmentarzu mają prawo członkowie wcześniej tutaj pochowanych rodów góralskich takich jak: Walczyków, Gąsieniców czy Pęksów. "Pęksowy Brzyzek" to cmentarz skromny i mały, a mimo to jest jedną z trzech nekropolii narodowych zaraz po krakowskich "Rakowicach" i warszawskich "Powązkach". Nie ma na nim rozległych i kipiących bogactwem pomników więc nie posiada cech charakterystycznych dla nekropolii wielkich miast. Znajdują się w tym miejscu raczej skromne miejsca pochówku. "Pęksowy Brzyzek" skupia około pięciuset mogił, a cmentarne krzyże, pomniki, rzeźby oraz kapliczki nacechowane są elementami kultury ludowej i wręcz "krzyczą" do przechodniów elementami i motywami podhalańskimi. Duża cześć tych przyozdobień powstała w pracowni Władysława Hasiora, kiedy to pracował jeszcze w Liceum Technik Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem. Cmentarz tworzy charakterystyczną aurę dzięki rzeźbom Józefa Fedorowicza, Marii Witkiewiczowej oraz Antoniego Rząsy. Kiedy przechodzi się alejkami cmentarza na pierwszy rzut oka od razu wyłania się bogactwo i zróżnicowanie tych rzeźb w architekturze cmentarza... Rzeźby te wykonane w drewnie, metalu i kamieniu stanowią główny element oryginalności cmentarza i stanowią o jego ponadczasowym wymiarze. O wysokim statusie i renomie cmentarza na Pęksowym Brzyzku świadczy również to, że niejednokrotnie przenoszono do niego prochy osób z innych cmentarzy np.: M. Raciborskiego, W. Orkana, K. Stryjeńskiego, T. Malickiego czy A. Chramca.



Wycieczka po cmentarzu

   Cmentarz znajduje się przy ulicy Kościeliskiej w Zakopanem. U wejścia do cmentarza stoi drewniany zabytkowy kościółek na Pęksowym Brzyzku. Następnie w prawo od niego prowadzi droga do cmentarza wokół, którego znajduje się kamienny parkan. Pomiędzy kościółkiem a cmentarzem znajduje się kamienna kaplica pod wezwaniem św. Andrzeja Świerda i św. Benedykta wybudowana przez Pawła Gąsienicę pomiędzy 1806 a 1820 r. Zaraz po przejściu przez piękną bramę wejściową cmentarza zaprojektowaną przez Stanisława Witkiewicza ukazuje się alejka z mogiłami upstrzonymi bogato elementami podhalańskimi.
"Na grobak zrosły świerki, jasiony i dumiom Nad casem straconym... Byli, zlegli, tu ik prochy" - zwrotka z tego wiersza, który wpadł mi zupełnie przez przypadek w ręce ze starego prospektu zakopiańskiego, pobudził mój apetyt na dokładne zwiedzenie tego miejsca. Otóż autor wiersza, którego już wymieniłem na początku swojego artykułu - Adam Pach bardzo dokładnie opisał Pęksowy Brzyzek w swoim utworze. Odwołał się w zacytowanych słowach według mnie do historii i inicjatywy ks. J. Stolarczyka, który to sam sadził jeszcze te jesiony u wejścia do cmentarza. Dla przypomnienia ks. Józef Stolarczyk był pierwszym proboszczem w Zakopanem od 1848 r. i to on rozbudował drewniany kościółek i w jego sąsiedztwie założył również stary cmentarz - Pęksowy Brzyzek.





Bardzo ciekawe rzeźby na grobach Pęksowgo Brzyzku

   Wchodząc tutaj poczułem lekki podmuch na twarzy. Zapewne był to podmuch wiatru historii. Zwłaszcza jak po prawej stronie od wejścia zauważyłem symboliczny grób pisarza, fotografika i malarza Stanisława Ignacego Witkiewicza. Od razu go skojarzyłem za pamiętny dramat: "Szewcy" oraz za jego wkład w życie kulturalne Zakopanego (sztuki teatralne). Następnie dalej natrafiłem na mogiłę sportowca, skoczka Stanisława Marusarza. Nieopodal ujrzałem następny grób upstrzony wieloma elementami wokół drewnianej kapliczki. Otóż był to grób Kornela Makuszyńskiego. Któż nie pamięta go za "Szatana z siódmej klasy", "Awanturę o Basię", czy "O dwóch takich, co ukradli księżyc"? Zaraz naprzeciwko mogiły Makuszyńskiego znajdują się groby następnych polskich zasłużonych osób. Spoczywają tutaj pisarze Młodej Polski Władysław Orkan oraz Kazimierz Przerwa Tetmajer. O ile twórczość Orkana nie była dla mnie znana, o tyle Tetmajera od razu skojarzyłem za pamiętne: "Na skalnym Podhalu", "Melodia mgieł nocnych", "Anioł Pański", czy "O żołnierzu polskim", które poznałem jeszcze w szkole średniej dzięki swojemu poloniście Wiesławie Ciechomskiemu.

Mogiła Kornela Makuszyńskiego

Idąc dalej natrafiłem na pomnik na cześć Stanisława Witkiewicza. Jego impresjonistyczny talent malarski odbił się w pamięci głębokim echem nie tylko wśród osób kochających piękno gór, którego obecność widać w wielu jego ręki pejzażach tatrzańskich, ale także wśród patriotów -  za pejzaże i sceny związane z powstaniem styczniowym. Mało kto wie, ale właśnie Witkiewicz Stanisław zafascynowany sztuką ludową zaprojektował Willę Kolibę, Okszę, Dom pod Jedlami i był autorem również innych projektów architektonicznych - na przykład zaprojektował kaplicę Najświętszego Serca Jezusowego w Jaszczurówce. Będąc pierwszy raz w Zakopanem od razu zakupiłem Ewangelię Tatr Witkiewicza, ponieważ jest tak wybitna, że stała się inspiracją dla reżysera Dziuka Andrzeja w repertuarze spektaklów Teatru Zakopiańskiego.


Grób Sabały
Dalej ujrzałem grób lekarza, wielkiego popularyzatora Zakopanego, miłośnika przyrody i współtwórcy Towarzystwa Tatrzańskiego - Tytusa Chałubińskiego. Nie na darmo nazwano jedną przełęcz wśród głównej grani Tatr jego nazwiskiem (Wrota Chałubińskiego 2022 m n.p.m). Dzięki jego propagowaniu - Zakopane otrzymało status stacji klimatycznej - nieodzownego miejsca, gdzie można uleczyć duszę... Następnie rzucił mi się w oczy skromny grób z krzyżem, gdzie było napisane tylko - Sabała. Po zaczerpnięciu wiedzy okazało się, że jest to grób Jana Krzeptowskiego - górala, muzykanta, gawędziarza, pieśniarza i przewodnika tatrzańskiego. Ile bym dał dzisiaj, żebym mógł w Zakopanem spotkać prawdziwego, górskiego, starego gawędziarza i wysłuchać jego gawęd i opowieści związanych z górami przy piwie z beczki oraz placku po zbójnicku. Oczywiście wieczorem... po udanej wyczerpującej wycieczce górskiej... Krzeptowski był towarzyszem Witkiewicza i Chałubińskiego w ich górskich podbojach. A tak na marginesie - Chałubiński wędrował często po górach razem z kilkoma przewodnikami (między innymi z Sabałą), tragarzami i kapelą. Po każdej wyprawie nocowano przy ognisku poprzedzając to zabawą, śpiewami i tańcami. Musiało to dosyć groteskowo wyglądać. Dziś już zupełnie inaczej się chodzi po górach...  Następnym zasłużonym, który nie był dla mnie nieznany, był Jan Długosz. Taternik, alpinista i literat w jednej osobie zginął podczas wyprawy na Kościelec. Jego śmierć była bardzo dziwna i wręcz absurdalna, gdyż przeprowadzając kurs wspinaczkowy dla żołnierzy powietrzno-desantowej szesnastki z Krakowa zsunął się i spadł w miejscu względnie łatwym. Spadł z Zadniego Kościelca (2162 m n.p.m).


Mogiła Jana Długosza (trzy tonowy głaz przypominający kształtem Kościelec)


Mogiła Romana Serafina

Następnym grób, przy którym się zatrzymałem należał do Zofii i Henryka Paryskich. Henryk Paryski (taternik, krajoznawca, przewodnik) jest dobrze znany za swoje opracowania tatrzańskie jak: "Tatry Wysokie" czy inną pozycją, którą napisał razem z żoną "Encyklopedia Tatrzańska". Nikt nie zapomni jego pierwszych wejść na Kozi Wierch (2291 m n.p.m), Kozią Przełęcz Wyżnię (2240 m n.p.m), Rumanowy Sczyt (2428 m n.p.m) czy szczyt Wideł (2522 m n.p.m). Warto zatrzymać się przy grobie księdza Józefa Stolarczyka, bez którego stary cmentarz by nie istniał w takich kształtach jak dzisiaj. Józef Stolarczyk był bardzo zasłużonym człowiekiem i duchownym z powołania. Jego kazania były obfite w watki patriotyczno-narodowe. Włożył on ogromny trud w podnoszeniu oświaty swoich parafian. Zatrzymałem się na chwilę przy grobie tego człowieka legendy... Oprócz wymienionych zasłużonych osób jest tutaj jeszcze wielu wielu innych, których nie sposób wszystkich wymienić w jednym artykule, ze względu na ich wewnętrzne bogactwo i zasługi dla społeczeństwa. Znajdziemy tutaj jeszcze wiele symbolicznych grobów osób, które zginęły tragicznie: Macieja Berbeki, Mariusza Zaruskiego, Heleny Marusarzówny, Bronisława Czecha oraz pomnik demonstracji patriotycznych w Warszawie i Wilnie w 1861 r. Jest też pomnik poświęcony Sybirakom.  Tych, których pominąłem warto również odwiedzić i zaznajomić się z ich historią. Polecam to zrobić jak najszybciej przy okazji najbliższego pobytu w Zakopanem*.


Artykuł dedykuję śp. Danucie Gwiazdowicz (z domu Sosnowskiej)



Grób Marii Witkiewiczowej

Symboliczny grób Sybiraków

Grób Zofii i Henryka Paryskich

Jedna z przepięknych rzeźb na cmentarzu
---
* Z.W.Paryscy "Encyklopedia Tatrzańska". SiT, Warszawa 1973.; Janusz Zdebski "Stary cmentarz w Zakopanem". Przewodnik biograficzny. PTTK, Kraków 1986.; Ks. J. Stolarczyk "Kronika Parafii Zakopiańskiej (1848-1890)". A. Wrzosek, Kraków 1915 r.

poniedziałek, 23 września 2013

Grześ (Lúčna 1653 m) - Rakoń (Rákoň1879 m) - Wołowiec (Volovec 2064)


Szczegóły wejścia:
Różnica wysokości: 1139 m;
Dystans: 23km (z powrotem);
Czas przejścia: około 9 g.;
Szlak: zielony, żółty, niebieski, zielony,;
Wybitność: Grześ 51 m, Rakoń 19 m, Wołowiec 153 m.

{Siwa Polana, Dolina Chochołowska (schronisko), Grześ, Rakoń, Wołowiec, Dolina Chochołowska (schronisko), Siwa Polana}


Na Wołowcu 2064 m n.p.m
     Do wyprawy na Grześ (1653 m n.p.m), Rakoń (1879 m n.p.m) i Wołowiec (2064 m n.p.m) podchodziłem dwa razy i dopiero za drugim razem udało mi się ją zrealizować. Za pierwszym razem musiałem zrezygnować u podnóża Grzesia, ponieważ odciski na stopach po wyprawach w poprzednich dniach uniemożliwiały mi dalsze wejście... Wyprawa w Tatry Zachodnie była w moich planach już od bardzo dawna ze względu na ładne widoki, słynną panoramę oraz to, że szlak prowadzący przez Grześ, Rakoń i Wołowiec jest jednocześnie granicą Polski ze Słowacją, więc wejście sprawiło mi wielką przyjemność.

    W piękny, słoneczny i prawie bezchmurny poniedziałkowy poranek wyruszyłem z tradycyjnego Murzasichle w kierunku Zakopanego. W Zakopane wsiadłem w bus i skierowałem się w kierunku Doliny Chochołowskiej. Na Siwej Polanie u wylotu Doliny Chochołowskiej znalazłem się o godzinie 8:30. Początek szlaku zielonego rozpoczynający się w Siwej Polanie znajduje się na wysokości 925 m n.p.m a Wołowiec ma 2064 m n.p.m, więc miałem sporą różnicę wysokości do pokonania... Po minięciu krzyża upamiętniającego lądowanie i drugą pielgrzymkę (23 czerwca 1983 r.) papieża Jana Pawła II, mijałem następnie Krytą Polanę, Polanę Huciską oraz Polanę pod Jaworki... Dalej minąłem odgałęzienie na szlaku do Doliny Kościeliskiej (szlak czarny), do Iwaniackiej Przełęczy (szlak żółty), do Doliny Starorobociańskiej (szlak czarny) oraz do Trzydniowiańskiego Wierchu (szlak czewony). Po niedługim czasie ujrzałem w końcu kaplicę św. Jana Chrzciciela oraz piękne drewniane chałupki na Polanie Chochołowskiej. Ujrzałem również pięknie wyłaniający się i bardzo odległy szczyt Wołowca w kierunku południa i zastanawiałem się czy podołam. Po dwóch godzinach od początku wyprawy tj. o godzinie 10:30 dotarłem do Schroniska w Dolinie Chochołowskiej (1148 m n.p.m). Zrobiłem sobie tutaj 15 minutową przerwę i podziwiałem uroki Doliny Chochołowskiej.

     O godzinie 10:45 rozpocząłem właściwą wyprawę wstępując na żółty szlak prowadzący na szczyt góry Grześ. Palące słońce nie dosięgało mnie teraz, ponieważ szlak żółty pnie się całkiem przyjemnie drogą w gęstym lasie. Szedłem wzdłuż Bobrowieckiego Żlebu szlakiem skierowanym na zachód. W czasie tego podejścia minąłem wyrąb lasu i ujrzałem stary poczciwy traktor Ursus, który obsługiwany przez dwóch ludzi, pracował mozolnie w czasie tego upału... W między czasie w lesie minąłem także kapliczkę poświęconą Wojciechowi Rytułowskiemu, który zginął w tym miejscu tragicznie w 2011 roku. Zatrzymałem się tutaj i oddałem mu hołd modlitwą...
 

Kapliczka podczas wejścia na Grześ
      Następnie idąc żółtym szlakiem las zaczął karłowacieć w wyniku zmiany piętra roślinnego z regla górnego na piętro kosówki.  Wraz z wysokością, z każdym moim krokiem, las stawał się niższy aż wreszcie wyszedłem na odkrytą przestrzeń, którą pokrywała tylko kosodrzewina. Widoki zaczęły nabierać piękności oraz zaczęły się wyłaniać partie gór. Jednym minusem, podczas wchodzenia w tym miejscu, były tylko atakujące chmary much, przed którymi nie udało się uciec... Po ponad godzinie od schroniska, tj. o godzinie 11:50, znalazłem się na szczycie góry Grześ (Lúčna 1653 m n.p.m). Na Grzesiu odpocząłem chwilkę i zacząłem obserwować panoramę. W kierunku południowym widziałem cel mojej wyprawy mianowicie: odległy Rakoń i monumentalny Wołowiec.  Widziałęm również Łopatę, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch, Starorobociański Wierch, Trzydniowiański Wierch oraz Kominiarski Wierch... Widok z Grzesia jest bardzo przyjemny i obejmuje wiele partii gór dalszych – nawet Tatry Wysokie. Na Grzesiu stoi niewysoki drewniany krzyż. Myślałem, że jest to pusty symbol. Jednak nie... Otóż dowiedziałem się, że krzyż upamiętnia wydarzenia z lat 1978-1989, gdzie w tym czasie dochodziło do spotkań działaczy opozycji Polski i Słowacji – ale sobie miejsce wybrali ;). Nieopodal krzyża przebiegał również szlak przemytu dewocjonaliów i przedmiotów sakralnych.[1].

Krzyż na Grzesiu (w tle od lewej Kominiarski Wierch, Iwaniacka Przełęcz oraz część Ornaku)





Na Grzesiu
Po 30’ na Grzesiu postanowiłem iść dalej na Rakoń. Kończy się tutaj szlak żółty a kontynuuje się wędrówkę szlakiem niebieskim, który prowadzi od Bobrowieckiej Przełęczy (Bobrovecké sedlo  1356 m n.p.m) poprzez Grzesia i Rakonia aż na Wołowiec. Szlak niebieski łączy się już wcześniej ze szlakiem żółtym na Suchym Upłazie (Suchý úplaz 1510 m n.p.m) – przed wejściem na Grzesia. Po minięciu Łuczańskiej Przełęczy (Lúčne sedlo 1602 m n.p.m) szedłem cały czas ścieżką nachyloną w dół i ubarwioną dookoła bogatą roślinnością kosodrzewiny i traw... Idąc Długim Upłazem (Dlhy Uplaz) wzdłuż szlaku niebieskiego obserwowałem wschodnią cześć Tatr oraz z drugiej strony góry słowackie. Tutaj też na zboczu usiadłem i zrobiłem sobie dłuższą przerwę, ponieważ słońce i upał strasznie wycieńczyły mnie. Usiadłem na zboczu Długiego Upłazu i skierowałem twarz w kierunku Doliny Chochołowskiej. Zjadłem kanapki i wypiłem dużo wody patrząc na kawałkiem widoczną Polanę Chochołowską. Podczas odpoczynku wyjąłem sobie z plecaka jedyną rzecz do poczytania - mianowicie tygodnik „Źródło”, który nabyłem kilka dni wcześniej w kościele NMP Królowej w Murzasichlu i zaczytałem się w obszernym artykule poświęconym księżom i klerykom w służbie pomocy i ukrywania ludzi w czasach holocastu... Na stronie wschodniej tego zbocza, pomiędzy Grzesiem a Rakoniem, widziałem jak grupka słowaków, opatulona w koszule i czapki chroniące przed oparzeniami od słońca, zbierała żurawinę i jagody. Po 25’ odpoczynku skierowałem się znowu szlakiem niebieskim na Rakoń. 

Widok ze zbocza Długiego Upłazu

     Górę Rakoń (Rákoň 1879 m n.p.m) zdobyłem o godzinie 13:40 Z Długiego Upłazu podejście pod Rakonia było łagodne i nie sprawiło mi większych trudności. Panorama z Rakonia była dla mnie także czymś bardzo ciekawym. Otóż widziałem z tej góry nie tylko te same góry co z Grzesia – widziałem teraz jeszcze więcej, bo Rohacze, na które mam co raz większy apetyt, oraz Rochackie Stawy. Rakoń w górnej części jest trawiasty, dookoła występuje kosodrzewina a w niektórych miejscach znajdują się nieliczne skałki oraz rumowiska skalne. Po chwilowym odpoczynku i czasie na zdjęcia ruszyłem o godzinie 14:20 z Rakonia na Wołowiec. Po minięciu Przełęczy Zawracie 1863 m n.p.m osiągnąłem skrzyżowanie szlaków. Następna przełęcz znajdująca się na wysokości 1860 m n.p.m odgałęzia szlakiem niebieski szlakiem zielonym prowadzącym do Doliny Chochołowskiej. Z tego miejsca także zaczyna się mocno piać pod górę szlak niebieski na Wołowiec. 

 
Na Rakoniu


Widok Rakonia i odległego Grzesia z Wołowca

Rochacz Ostry i Płaczliwy widziany z Wołowca

   Wołowiec (Volovec 2064 m n.p.m), cel mojej wyprawy, osiągnąłem po 30’ od Rakonia. Znalazłem się tutaj o 14:50. Wołowiec to piękna góra. Jej majestatyczna kopulasta sylwetka zbudowana jest ze skał metamorficznych a po jej północnej stronie u podnóża znajdują się rozległe piarżyska. Z Wołowca widać przepiekną panoramę. Widać z góry bardzo dokładnie na wschód: Łopatę, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch, Czubik, Trzydniowiański Wierch, Ornak, Starorobociański Wierch, Kamienistą, Błyszcz, Bystą oraz Tatry Wysokie. Na zachodzie widać było przepiękne i urwiste słowackie Rochacze (Roháče), Jamnickie Stawy (Jamnícke plesá) i na północnym-zachodzie ujrzałem nawet zamgloną Babią Górę... Nic dziwnego, że około wieku temu fascynował się już widokiem z Wołowca taternik Janusz Chmielowski podczas swoich wypraw. Tak mi się tu spodobało, że zostałem tutaj aż ponad  godzinę. Odpoczywałem i fotografowałem. W ogóle nie chciało mi się stąd schodzić pomimo, że byłem już mocno zmęczony upałem i wyprawą. Zjadłem już ostatnie swoje zapasy żywnościowe stwierdziłem, że wypiłem 2 litry wody dochodząc w to miejsce! Zrobiłem wiele zdjęć, przyjrzałem się dokładnie panoramie, kilka razy użyłem telefonu, by pochwalić się zdobyczną i o godzinie 16 postanowiłem schodzić.

Wołowiec widziany z Rakonia


Widok z Wołowca na wschód (Łopata w środku na pierwszym planie, na drugim planie od lewej Czubik, po środku Kończysty Wierch i skrajnie o prawej Jarząbczy Wierch, na najdalszym planie po prawej: Starorobociański Wierch oraz Błysz i Bystra)


   Zejście z Wołowca wiodło ta sama drogą, którą wszedłem. Kiedy zszedłem z Wolowca niebieskim szlakiem do Przełęczy, gdzie wybrałem odgałęzienie szlaku w kierunku Doliny Chochołowskiej (szlak zielony), spojrzałem jeszcze raz na majestatycznego Wołowca i postanowiłem już energicznie schodzić do Doliny Chochołowskiej. Tabliczka na skrzyżowaniu szlaków wskazała, że mam 2:05 drogi do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Idąc szlakiem zielonym wzdłuż Wyżni Doliny Chochołowskiej pokonywałem stale kamienne schody wąską krętą ścieżką. Długo nie było na tej drodze żadnego drzewka. Dopiero po 40’ ukazała się kosodrzewina. Gdzieś przeciął moją drogę mały strumyk. Następnie za jakiś czas ukazały się karłowate drzewa żeby w końcu po godzinie zejścia pojawił się normalny las. W końcowej fazie drogi szlakiem zielonym natrafiłem w lesie na osobliwy okaz dominacji przyrody. Otóż na głazie w lesie wyrósł świerk ;)

Świerk, który wyrósł na skale...


   O godzinie 17:30 osiągnąłem Schronisko w Dolinie Chochołowskiej. Odpocząłem tam chwilę i przez następne dwie godziny dotarłem w końcu do Siwej polany, gdzie zakończyłem wycieczkę.


[1] http://www.przewodnik.e-wyjazd.pl/miejsce/krzyz-na-grzesiu,G4FS.html
txvfytfx2dytf2y











niedziela, 4 sierpnia 2013

Dolina Chochołowska - Dolina Starorobociańska - Ornak 1854 m n.p.m - Iwaniacka Przełęcz - Dolina Kościeliska

Szczegóły wejścia: 
Różnica wysokości: 947 m;
Dystans: 23 km (z powrotem);
Czas: 10 g.;
Szlak: zielony, czarny, zielony, żółty, zielony.

{Siwa Polana, Dolina Chochołowska, Dolina Starorobociańska, Siwa Przełęcz, Kotłowa Czuba, Kotłowe Siodło, Zadni Ornak (1867 m n.p.m), Ornak (1854 m n.p.m), Suchy Wierch Ornaczański, Iwaniacka Przełęcz, Iwaniacka Dolinka, Schronisko Ornak, Dolina Kościeliska, Kiry}



   W prawie słoneczny, lipcowy i umiarkowanie chmurny dzień podczas wypoczynku w Murzasichle postanowiliśmy wybrać się na dosyć ambitną wyprawę - mianowicie wysoką górę, jaką jest leżący w Tatrach Zachodnich Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m) oraz jego towarzysza: Trzydniowiański Wierch (1762 m n.p.m.). Pomimo niepewnej pogody, którą można było zaobserwować zza okna domu wypoczynkowego w Murzasichle w czasie porannego śniadania, wsiedliśmy do busa przewoźnika "Szosmig" lub "Żółta Linia" i wyruszyliśmy do Zakopanego, a z Zakopanego drugim busem do Siwej Polany. 

Dolina Starorobociańska

   Siwą Polanę leżącą na wysokości 910 m n.p.m ujrzeliśmy o 7:10 skąd rozpoczęliśmy wyprawę na charakteryzujący się dużą wybitnością, bo aż 222 metrów szczyt Starorobociańskiego Wierchu. Siwa Polana jest śródleśną polaną i wejściem do Doliny Chochołowskiej. Jak podają źródła - Siwa Polana w rzeczywistości jest wylotem Doliny Chochołowskiej. Jednak ja jestem skłonny zaryzykować stwierdzeniem, że Siwa Polana jest "otwartą na roścież bramą" i początkiem wędrówki "do niebios" tzn.: do najdłuższej (ok. 10 km), największej, uroczej i słynnej doliny, znajdującej się na skraju Tatr Zachodnich - Doliny Chochołowskiej. Warto również wspomnieć, że Siwa Polana jest słynna nie tylko ze względu na swoje walory przyrodnicze, ale także ze względu na to, że jest wstępem i zaczątkiem do szerokiego spektrum atrakcji. Ujmując metaforycznie, Siwa Polana jest dla mnie zaczątkiem atrakcji przyrodniczych, bogatej fauny, o której szerzej napiszę później, i jeszcze obfitszej flory. Jest także, jak w utworze muzycznym, preludium, zalążkiem  do dalszego poznawania uroku polskich Tatr.

   Zaczynając wędrówkę o 7:10 na Siwej Polanie mijaliśmy po kolei polany: Krytą, Huciską, pod Jaworki. Podziwialiśmy równolegle biegnący do naszej drogi Potok Chochołowski, który kilkakrotnie przecina zielony szlak, tworząc przejścia za pośrednictwem drewnianych solidnych mostów. Mogliśmy zaobserwować niezwykle mocno parujący potok, który w pewnych miejscach osłaniał się obfitą gęstą, mleczną mgłą niczym z powieści Jose Sarmago "Miasto ślepców".
O godzinie 8:25 dotarliśmy do skrzyżowania szlaków, gdzie dotychczasowy szlak zielony zamieniliśmy, idąc w lewo, na szlak czarny. Szlak czarny prowadzi przez Dolinę Starorobociańską na Siwą Przełęcz. Po minięciu odgałęzienia szlaku żółtego prowadzącego do Doliny Kościeliskiej przez Iwaniacką Przełęcz natrafiliśmy na błotnistą drogę upstrzoną gęsto wyszlifowanymi przez turystów kamieniami, zielone intensywnie pachnące świerki, małe potoki i niezwykle ciepłe oraz wilgotne powietrze. Następnie mineliśmy wielki wyrąb lasu i "leśny przystanek" z możliwością zaparzenia sobie herbatki. 

 
Przystanek na odpoczynek na początku Doliny Starorobociańskiej

Dalej, o godzinie 9:35 po dosyć łatwej drodze dotarliśmy do Starorobociańskiej Równi. Odpoczywając tutaj chwilkę, udało nam się napotkać żmiję zygzakowatą (Vipera berus) oraz jaszczurkę żyworodną (Zootoca vivipara). O ile na spotkaniu z tą pierwszą wcale nam nie zależało, bo nieuważne nadeptanie na nią kończy się zazwyczaj nieprzyjemnym w skutkach ukąszeniem, o tyle ta druga nas zainteresowała i nawet udało się jej zrobić zdjęcie gdy wylegiwała się leniwie na kamieniu. Zresztą tylko na chwilę, ponieważ jaszczurka po zrobieniu zdjęcia od razu dała „nura” w zarośla. 

Jaszczurka Żyworodana (Zootoca vivipara)
   Od tego miejsca szlak czarny stał się bardziej pnący, a częstotliwość naszych przystanków odpoczynkowych stała się częstsza. Szliśmy przez moment drogą, po której płynął strumyk. Stromość, śliskie kamienie i duży odcinek do przejścia dał się nam w kość. Po lewej stronie obserwowaliśmy wysoko w górze – Ornak, a po prawej Starorobociański Wierch, Kończysty Wierch. Skrajnie po prawej widzieliśmy także „troszkę” mniejszy optycznie, ale również wysoki Trzydniowiański Wierch. Udało się nam zobaczyć dwie sarny, które przez swoje wyraziste umaszczenie były bardzo kontrastowe na iście zielonym tle krzewów. O godzinie 11:25 po niełatwym podejściu dotarliśmy na Siwa Przełęcz (1812 m n.p.m). Po wyjściu z doliny na tą przełęcz okazało się, ze jest strasznie wietrznie, chmury nisko i góry prawie, że skąpane w deszczu. Na domiar złego zrobiło się strasznie zimno, bo tylko 14 stopni C i 810 hpa (na początku szlaku było 23 stopnie C i 940 hpa). Stojąc na Siwej Przełęczy, pomimo że była „barowa” pogoda, podziwialiśmy szczyty słowackie i polskie. Najwyższe szczyty, które rzuciły mi się od razu w oko to: Bystra (2248 m n.p.m) oraz Starorobociański Wierch. Gdzieś w dole było widać dwa oczka wodne – Siwe Stawki. 
 
Siwe Stawki
   Na Siwej Przełęczy widać było niezłą panoramę na Tatry. Jest tutaj świetne miejsce do fotografowania. Początkowo chcieliśmy iść na Starorobociański Wierch i wrócić przez Trzydniowiański Wierch do Doliny Chochołowskiej, ale nie udało się nam ze względu na kiepską i wietrzną pogodę zwiastującą burzę. Zrobiliśmy zdjęcia i zielonym szlakiem skierowaliśmy się na Ornak i Iwaniacką Przełęcz. 

Błyszcz (2159 m n.p.) i za tym szczytem lekko widoczna Bystra (2248 m n.p.m) widziane z
Ornaka (1854 m n.p.m)
Zadni Ornak
   Warto wspomnieć, że grzbiet Ornaku składa się z czterech szczytów oddzielonych przełęczami. I tak od Siwej Przełęczy idziemy grzbietem Ornaku po kolei: Kotłowa Czuba (1840 m n.p.m), Kotłowe Siodło, Zadni Ornak (1867 m n.p.m), Ornaczańska Przełęcz, Ornak (1854 m n.p.m),  Wyżnia Ornaczańska Przełęcz, Suchy Wierch Ornaczański (1832 m n.p.m). 

Na początku skierowaliśmy się na Kotłową Czubę (1840 m n.p.m), która miała dosyć łatwe podejście. Sporo problemów mieliśmy z podejściem na Zadni Ornak (1867 m n.p.m) ze względu na silny wiatr i stromość. Zadni Ornak zbudowany jest z wielkiego rumowiska i niełatwo się stąpa po nim. Podczas przejścia przez Zadni Ornak natrafiliśmy na dwa miejsce, w których jest dosyć niebezpiecznie. Po krótkiej przerwie na zdjęcia ruszyliśmy dalej na Ornaczańską Przełęcz (1795 m n.p.m) i wreszcie weszliśmy na Ornak (1854 m n.p.m). Zdobywając Ornak o godzinie 13:05 mieliśmy już za sobą około 6 godzin wędrówki i zmęczenie przysłoniły przepiękne widoki i panorama. Stojąc twarzą w kierunku Iwaniackiej Przełęczy z Ornaka widać było: po lewej – Polanę Chochołowską, po środku – Kominiarski Wierch (1829 m n.p.m), a po prawej – iskrzące się od odbitych promieni lustro Stawu Smreczyńskiego (1227 m n.p.m). Następnie zeszliśmy z Ornaka na Przełęcz Wyżnię Ornaczańską i dalej na Suchy Wierch Ornaczański (1832 m n.p.m). Pnie tutaj się kosodrzewina . Po prawej stronie ujrzeliśmy szczyt Giewontu oraz usłyszeliśmy burzę gdzieś w jego okolicy. 


 Ledwo wystający Giewont i burza w jego okolicy

   Z Suchego Wierchu Ornaczańskiego schodziliśmy stromym i meczącym zejściem do Iwaniackiej Przełęczy. Zejście to obfituje w stromy „dywan” skalnych schodów i krętych ścieżek. O godzinie 13:58 doszliśmy do Iwaniackiej Przełęczy, gdzie zrobiliśmy sobie trzydziesto minutowy odpoczynek. W miejscu tym, na skrzyżowaniu szlaków  jest rozległe polana, na której spotkaliśmy wielu turystów. Po odpoczynku wybraliśmy szlak żółty, który odbija w prawo wiodąc nas poprzez Iwaniacką Dolinkę, aż do Schroniska Ornak (1100 m n.p.m) w Dolinie Kościeliskiej. O godzinie 15:18 (osiem godzin i trzydzieści minut od momentu rozpoczęcia wyprawy) osiągnęliśmy Schronisko Ornak. W schronisku zatrzymaliśmy się na regenerującą zupę grzybową, bo zmęczenie było wyraźne odczuwalne w kolanach. Dalej wybierając szlak zielony szliśmy Doliną Kościeliską do miejscowości Kiry. Osiągnęliśmy je o godzinie 17.02.

Zadni Ornak (1867 m n.p.m)

Starorobociański Wierch widziany z Ornaku

środa, 17 października 2012

Hotel Górski PTTK Ustrzyki Górne (Bieszczady)

Hotel PTTK w Ustrzykach Górnych

     Jesienne pląsy i deszczowa pogoda nie zraziły nas, by zawitać w drugim tygodniu chłodnego października do długo odkładanych w czasie, odległych i dzikich Bieszczad. Jako miejsce spoczynku wybraliśmy hotel PTTK w Ustrzykach Górnych (http://hotel-pttk.pl/pl/strona-glowna). Dom wypoczynkowy został zarekomendowany przez organizatora - Biuro Podróży Krywań (http://www.ptkrywan.pl/ specjalne podziękowania dla Pani Małgorzaty Dyrek za organizację wypoczynku). Jako że jeszcze nigdy nie korzystałem z usług biur podróży, tylko zawsze sam organizowałem sobie wszystko, chciałem podzielić się z Wami odczuciami z wypoczynku. 

Tarnica 1346
   Hotel Górski PTTK w Ustrzykach Górnych, umiejscowiony w centrum szlaków, jest idealnym punktem noclegowym, gastronomicznym i wypoczynkowym w tym najbardziej wysuniętym na południowy wschód rejonie Polski. Użyte przeze mnie powyżej słowo "dzikie Bieszczady" w pełni oddaje to, co tutaj możemy zobaczyć i poczuć: czyste powietrze, nieskazitelna przyroda, bogata flora i fauna, bliskość do gór i połonin, dużo szlaków, trasy rowerowe i otoczka Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Nie zraziło nas to, że mieszka tutaj tylko stu stałych mieszkańców, że są tylko trzy sklepy (w tym dwa spożywcze otwarte do godziny 17! - w jednym można zapłacić kartą) i że nie ma bankomatu (najbliższy bankomat znajduje się jakieś 20 km dalej w Lutowiskach). Dla wymagającego turysty może się okazać to dużym mankamentem... Hotel jest umiejscowiony w przyjemnej otoczce masywnych bieszczadzkich szczytów: Tarnicy (1346 m) , Połoniny Caryńskiej (1297 m) i Wielkiej Rawki (1304 m) a niedaleko znajduje się słynny styk trzech granic Polski na kulminacji Krzemieńca (Kremenaros 1221 m). Ku mojej uciesze - hotel według mnie został zatrzymany w czasie. Można by powiedzieć, że pamięta czasy okrągłego stołu. Posiada wiele cech zeszłej epoki i wszechobecny duch czasów PRL'u ukazuje się w każdym calu tego budynku. Charakterystyczna stołówka, wystrój pokoi, szare tapety, boazeria, o zimnym kolorze glazury i terakoty w łazienkach oraz basenie - to główne atrybuty poprzedniej epoki. Urodziłem się w czasach PRL'u i częściowo pamiętam wszystkie jego cechy. Stąd też podoba mi się ten duch, wystrój i gabinetowy klimat w nim zakorzenione. Hotel jako centrum odpoczynku posiada następujące atrakcje: dwuosobową saunę, basen (7*5m bodajże), mini siłownię, salę rekreacyjną ze stołem do gry w bilarda i ping ponga. Na parterze znajduje się miły kącik recepcji, restauracja (powiedziałbym, że stołówka nie umniejszając jej walorów) oraz kilka pokoi. Reszta pokoi znajduje się na pierwszym i drugim piętrze. Pierwsze i drugie piętro posiada również dwa duże pomieszczenia konferencyjne (po jednym na piętro), gdzie z pewnością można integrować się podczas wyjazdów służbowych. Dookoła cisza, czystość i schludność korytarzy hotelu. Widać, że obsługa działa i dba o wygodę wypoczywających gości.

     Nasz pokój znajdował się w skrajnym punkcie hotelu na drugim piętrze. Poddasze okryte ocynkowaną blachą już w pierwszy dzień, w wyniku ulewnego deszczu, utuliło nas do snu po długiej podróży, poprzez miarowe i systematyczne wystukiwanie kropel deszczu o dach hotelu - niczym subtelne dźwięki w utworach Einaudi. Nazajutrz z rana zaczęliśmy zwiedzanie hotelu. Najpierw obejrzeliśmy wnętrze i korytarze hotelu. Dobrze, że smutna nić hotelowych korytarzy (wszędzie ta sama smutna PRL'owska tapeta) została wzbogacona o ekspozycję zdjęć-obrazów Elżbiety Dzikowskiej. Galeria ta, całkowicie poświęcona jest Bieszczadom więc znajdziemy tutaj: urokliwe pejzaże gór i połonin, faunę i florę, cerkwie, kirkuty itp. Dla mnie jest to bardzo miła ozdoba dla szarego i cichego hotelu. Zdjęcia są w dużych formatach, emanują kolorami i wręcz krzyczą namawiając do zwiedzenia tych miejsc, przejścia połonin czy zdobycia szczytów. Naliczyliśmy na wszystkich piętrach i korytarzach aż 182 zdjęcia! poświęcone Bieszczadom - więc jest to bardzo przyjemna galeria. Jest co podziwiać. Nawet restauracja jest ozdobiona galerią i propaguje turystykę górską dzięki panoramicznym zdjęciom. Obsługa hotelu jest przyjemna jak na hotel przystało. Ciepło hotelowych kaloryferów daje dobrą wizytówkę hotelu dla przyszłych turystów. W restauracji panuje porządek i śniadania w formie szwedzkiego stołu posiadają wszystko to, co powinny posiadać (śniadania są od godz. 8 do 10, obiadokolacje od godz. 13 do 21 i kolacja wedle własnego uznania). Niczego nie brakuje i wszystkiego jest pod dostatkiem. Barek oferuje nam przeróżne alkohole, napoje oraz wrzątek potrzebny do termosów w dalekie całodzienne październikowe wyprawy. Obiady są smaczne i za każdym razem jest inne danie złożone z dwóch posiłków. Na kolację można zjeść coś lekkiego, wypić kakao czy zasmakować tylko samego deseru... Karta menu zawiera dużą  listę dań więc całkowicie wystarczy, by zaspokoić podniebienia najbardziej wymagających gości, gdyż można było spróbować dziczyzny jelenia, sarnę czy dzika i to w bardzo przystępnej cenie! Restaurację obsługuje miły i wzorowy personel. W szczególności na uwagę zasługuje pan Marek z bródką, który dwoi się i troi w pogoni do tych, którym zabrakło czegoś na talerzu. Widać porządną szkołę kelnerstwa lub obeznania w temacie baristy, kiedy wręcz z mistrzowską precyzją sokoła uderza wzrokiem tam, gdzie jest właśnie najbardziej potrzebny i poszukiwany wśród restauracji pełnej wygłodniałych turystów.

Galeria Elżbiety Dzikowskiej #1




Galeria Elżbiety Dzikowskiej #2


Restauracja w Hotelu PTTK

Sauna w hotelu jest całkiem przyjemna, ciasna i przytulna. Minusem jej, jest tylko lokalizacja. Otóż znajduje się w podziemiu razem z basenem. Po wyjściu z niej trafiamy do zimnego pomieszczenia więc nie jest to przyjemne. Basen jest bardziej nieprzystępny. Bardzo długo musieliśmy schładzać ciało, by wejść do niego. Woda miała temperaturę około 18 stopni C a umiejscowione wokół basenu kaloryfery nie potrafiły zrekompensować utraty ciepła przez stare nieszczelne okna hotelu. Na koniec tej niezwykłej i bardzo chłodnej przygody z basenem udaliśmy się na półgodziną sesję grzewczą w saunie. Te ostatnie miejsce mogę pochwalić z pełna odpowiedzialnością.

Zdrowy Bieszczadzki Borowik podczas wchodzenia na Połoninę Caryńską
     Nie jestem wymagającym turystą i wszystkie oferowane przez hotel atrakcje, choć okrojone, były dla mnie i osoby mi towarzyszącej wystarczające, a zimny basen stał się zalążkiem nowego doświadczenia – przez tą chwilę poczułem się jak Mors. Pomimo ceny, która także okazała się troszkę za wysoka jak na oferowane atrakcje (tylko tanie hotele są słabe...) absurdalnie jestem przychylny jeszcze raz zajrzeć do tego hotelu w czasie następnego urlopu w Bieszczadach. Mógłbym podpowiedzieć administratorowi i "ogrzać" swoimi pomysłami wygląd hotelu  - choćby pomalować ściany w basenie, zmienić te chłodne kolory glazur i terakot czy chociaż naprawić TV, by nie wyświetlały się ikonki operatora, ale... nie przyczepiając się nadto i nie chcąc naruszać tego  charakterystycznego ducha PRL'u pozostawię wszystko i zapamiętam, że miło spędziłem tutaj październikowy czas wypoczynku i wypraw. Być może, ten wszechobecny duch PRL'u, to nie tylko dla mnie ale i dla innych turystów najważniejszy atrybut hotelu jakiego nie znajdziemy gdzie indziej. Podsumowując - polecam Hotel PTTK w Ustrzykach Górnych i z pewnością do tego hotelu jeszcze zajrzę podczas następnych eskapad w dzikie Bieszczady...

Bieszczady - jesienne pląsy

Modlitwa na Tarnicy




---

...właśnie wróciłem z urlopu w Bieszczadach. Było super. Wyjazd był nagrodą od pracodawcy za akcję o kryptonimie "Thank you Castelbar! W Bieszczadach zdobyłem: Kremenaros, Wielką Rawką, Małą Rawkę, Smerek, Połoninę Wetlińską, Połoninę Caryńską, Tarnicę, Halicz, Rozsypaniec oraz przemierzyłem sporą liczbe kilometrów po bukowych bieszczadzkich lasach oglądając prawdziwą polską jesień...

Za jakiś czas opublikuje wyprawy, które na razie są w moim zeszycie-pamiętniku z gór...

-----










Halicz

Orlik krzykliwy na Rozsypańcu

Bieszczadzka jesień #1

Bieszczadzka jesień #2

Bukowy las Bieszczadzki

Kapryśna Tarnica

Widok przy zejściu z Halicza


Tarnica


wtorek, 15 maja 2012

Mur za Sichłą - Murzasichle (Podhale)


Murzasichle
   Murzasichle to przepiękna, malownicza miejscowość położona w województwie małopolskim niedaleko Zakopanego. Jest małą wsią osadzoną między Brzezinami a Kośnymi Hamrami i znajduje się około pięciu kilometrów na północny wschód od Zakopanego. Jest położona obok Tatrzańskiego Parku Narodowego więc posiada walory krajobrazowe i wypoczynkowe. Pierwszy raz usłyszałem o niej już dawno w rozmowie ze swoimi górskimi znajomymi (Ula i Grześ) podczas wspólnego pobytu w Białce Tatrzańskiej. Miałem problemy z powtórzeniem jej nazwy, ponieważ była wówczas trudna do wymówienia i odmiany. Brzmiała dla mnie wyjątkowo nie polsko. Na domiar złego do dzisiaj ta miejscowość sprawia, że można połamać język podczas jej wymawiania. Po jakimś czasie okazało się, że wybrałem ją jako miejsce wypoczynku w górach. I od tego się zaczęło... Chciałbym zacząć opis tej uroczej miejscowości nietypowo (zgodnie z misją mojego bloga) - posłużę się swoim wierszem jako że standardowo encyklopedyczne, słownikowe czy internetowe opisy są schematyczne, sztampowe i mało obrazowe. Mój wiersz wprowadzi Was w rzeczywistość tej fajnej miejscowości i naświetli Wam jej walory. Popatrzcie na zdjęcia i przeczytajcie poniższy wiersz a następnie przejdziemy wspólnie do opisu tej miejscowości, która jest przedpokojem Tatr...



Panorama z Murzasichle na Tatry

Mur za Sichłą” (Murzasichle) 

Na nic mi potrzebne zagraniczne, cieple kraje,
wielkich miast lans, bieg i ich obyczaje,
gorący piasek, puby oraz dni słoneczne
wielkie sklepy i butiki – a czy to konieczne?

Zawsze szukałem natury i pejzażowego wdzięku,
chwili wytchnienia bez stresu, hałasu i brzęku[1],
W końcu znalazłem w górach swoją ostoję spokoju,
jest malowniczą mieściną Tatr przedpokoju...

Jest trudna do wymówienia i ma dwa człony,
ukrywając legendę wzbudza gości i turystów pokłony[2],
składa się z pary odrębnych części - Mur oraz Zasichle[3],
i stanowiąc nową nazwę jakże brzmi niezwykle!

Mała wieś sięgająca od Kośnych Hamrów po Brzeziny,
a daje zmysłom sporą dawkę pochodnej adrenaliny,
szczyptę zachwytu, kroplę uwielbienia i garstkę oszołomienia,
a także święty odpoczynek i pierwiastek ukojenia.

Kilka domów, ulic i stary kościół – za nic do zbłądzenia[4],
włoska pizzeria, wędzarnia oscypków i apetyt jedzenia.
Harnasiowy przysmak u wdowca z pieca na talerz zstąpi[5],
a na polanie horyzontów dla ucha i oka się nie poskąpi[6].

Kiedy odwiedziłem Murzasichle pierwszy raz,
urzekła mnie panorama, szum sosen i śpiew ptaków naraz,
dwaj skąpani w chmurach bracia kpili bezustannie[7],
a ja się zastanawiałem, którędy je zdobyć rozsądnie i starannie.

Oglądając panoramę z Murzasichlowej polany,
widzę zmarszczony płaszcz ziemi szczytami usiany.
Obserwuję górskie pejzaże, las i grzbiet Gubałówki,
a obok na fioletowo ściele się dywan Wierzbówki[8].

Rozgniewane nad górami sinofioletowe kowadła burzowe,
piętrzą swe roszczenia zwiastując preludium ogniowe.
Kiedy noc rozdzierają gromy, czuć niepokój i błyskawicę,
to nikt się nie dziwi, że ja zrzucam tu urlopową kotwicę...

Po ciężkich wyprawach wypoczynek ma rację bytu,
a zmęczenie nie zniknie bez pewnego rekwizytu,
gwoździe w kolanach, pieczenie stóp i obolałość duszy,
regeneruje zachodem słońca i piwem dla zdjęcia katuszy...

Zatem - na nic mi potrzebne zagraniczne, ciepłe kraje,
skoro tutaj lepiej się czuję, niż niegdyś Tołhaje[9],
Kraina ołówkiem architekta niebios naszkicowana,
i jak przystało na rękę Boga – pejzażowo zharmonizowana!



                                                                             Górski Piechur


[1]    Splendor w wielkich miastach. Szybie życie, bieg, przepych, lans i bogactwo.
[2]    Nazwa - Murzasichle kryje w sobie legendy, historyczne wydarzenia i łączy osadników miejscowości
        Mur i Zasichlan.
[3]    Zasichlanie do nazwa mieszkańców mieszkających za Sichlą.
[4]    W rzeczywistości kiedyś było kilka domów a teraz to jest ich dużo więcej. Specjalnie nadużyłem tego słowa,
        chciałem wyeksponować jej mał rozmiary i uwarunkowanie historyczne.
[5]    Klimatyczna restauracja w Murzasichlu „U Wdowca”. Polecam zwłaszcza gdy w tle lecą Ryzykanci...
[6]    Słowo „horyzontów” ma dwa metaforyczne ujęcia:
    1.  horyzonty i pejzaże panoramy w Murzasichlu;
    2.  adekwatny tytułowo utwór Faraout „New Horizons”.
[7]    Dwaj bracia widziani z polany w Murzasichle to: na wschód: Kasprowy Wierch oraz na południu Giewont. Jako że wówczas niezdobyte to kpili ze mnie.
[8]    Wierzbówka Kiprzyca to bylina o pięknych różowo-fioletowych kwiatostanach.
[9]    Tołhaje to zbójnicy karpaccy. Tołhaje to także mój ulubiony zespół czerpiący inspirację z Bojków i
        Łemków. 


Słynna panorama Tatr z polany w Murzasichle o zachodzie słońca

     A teraz przejdziemy do opisu właściwego. Każdy z nas ma swoje ulubione miejsce na ziemi do którego chętnie wraca myślami. Jest silnie związany z tym miejscem nie tylko emocjonalnie, ale także mentalnie i fizycznie. Wypoczynek w takiej „własnej” miejscowości dostarcza komfortu psychicznego, umożliwia spełnić upragniony relaks po ciężkiej harówce przez cały rok w stresującej pracy, gdzie nierzadko szef i zarząd informują nas, nawet już niesporadycznie, że będą zwolnienia... W sytuacji takiej szukamy miejsca spełnienia, gdzie będziemy mogli zostawić zmartwienia dnia codziennego, gdzie nasz przeciążony umysł, sztywny kark, bolący kręgosłup i chora dusza zostaną naprawione i natchnie je wiatr pozytywnej energii, a nasz umysł przestawi się na odprężającą rzeczywistość, wolną od przymusowych obowiązków, porannego wstawania, stresującego biegu i rywalizacji w życiu zawodowym. Dla jednych, tym ulubionym miejscem na ziemi może być znane, wielkie, miasto kraju z wyspami, dla innych zwykła wieś u dziadków na Lubelszczyźnie, gdzie zawsze spędzaliśmy wakacje jako brzdące. Może to być nie tylko wielka mieścina, ale i mały zakątek świata, może to być miejscowość nadmorska, równinna albo górska... nie ważne gdzie, ważne, że stanowi dla nas wartość i posiada status sentymentalnego miejsca. Dla mnie tym sentymentalnym miejscem, będącym, jak napisałem w swoim powyższym wierszu, „przedpokojem Tatr”, jest miejscowość: Murzasichle!

     Z uwagi na to, że byłem w tej miejscowości już trzykrotnie i z pewnością jeszcze wiele razy tam zawitam w przyszłości, chciałem podzielić się z wami jej atrybutami. Swój opis postanowiłem podzielić na dwie kategorie wedle których postaram się scharakteryzować moją ulubioną miejscowość. Będą to kategorie:
1. Etymologia i geneza nazwy Murzasichle; 2. Walory/Atrakcje Murzasichle.


1. Etymologia i geneza nazwy Murzasichle.

   Murzasichle - to malownicza wieś letniskowo-wypoczynkowa na Podhalu należąca do Poronina, która istnieje od 1630 roku. Leży w niedalekim sąsiedztwie z Zakopane. Posiada łapiącą za serce szeroką, zlokalizowaną na południe, piękną panoramę na Tatry. Miejscowość ta, w sezonie letnim i zimowym jest szczególnie oblegana przez turystów. Wprawdzie nigdy nie byłem tutaj w zimę, ale za to w lato, jak już wcześniej wspomniałem, już trzy razy. Za każdym razem gdy jadę do tej miejscowości, to cieszę się z tutejszego spokoju, ciszy i swoistego klimatu górskiego którego nie da się odczuć w samym centrum Zakopanego, zwłaszcza na głośnych, gwarnych i obleganych Krupówkach. Zanim przejdę do opisu Murzasichle chciałbym nieco czasu poświęcić na etymologię nazwy. Otóż obco brzmiąca oraz trudna do wymówienia nazwa snuje przed nami domysły i wzmaga ciekawość. Można spotkać różne legendy, podania i informacje, włącznie z internetowymi, na temat okoliczności powstania nazwy Murzasichle. Niektóre informacje mogą być mało precyzyjne, dalekie od prawdy i dlatego ja nawiążę do źródła znajdującego się w samym sercu Murzasichle. Otóż pochodzenie wyrazu i jednocześnie miejscowości Murzasichle szczegółowo objaśnione jest na jednym z opisowych zdjęć w przedsionku Kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej znajdującego się w Murzasichle. Nazwa Murzasichle wywodzi się od Łukasza Sądelskiego a historia powstania nazwy miejscowości sięga aż cztery setki lat wstecz... Przeczytajcie o historii nazwy Murzasichle z opisu na zdjęciach:


   Historia Murzasichle                                                                Przy wejściu do kościoła                                                              Historia Kościoła




2. Walory/Atrakcje Murzasichle.

1.  Dobrze rozwinięta baza turystyczna. Jest w stanie przyjąć wielu turystów zarówno w sezonie letnim jak i zimowym. Liczne małe domki wypoczynkowe kontrastują z dużymi domami i te ostatnie posiadają w obrębie swojej placówki boiska do gry w piłkę nożną, ręczną czy koszykówkę więc dzieci i młodzież nie będą się tutaj nudzić. Pełno jest tutaj kolonii i obozów.

2. Gastronomia w Murzasichle jest także bardzo dobrze rozwinięta. Znajdziemy tutaj liczne oferty obiadów domowych w dużych domach wypoczynkowych, kilka restauracji a nawet włoska pizzerię. Korzystałem tylko z dwóch restauracji więc chciałem się z Wami podzielić odczuciami:


Karczma u Wdowca pod Wykrotem

Karczma u Wdowca pod Wykrotem

                                            
                                 Karczma u Wdowca pod Wykrotem                                                
Wnętrze Karczmy
     Polecam Wam super kuchnię znajdującej się na ul. Budzowej 27 w Murzasichle, w której cały czas się stołujemy będąc na urlopie. Nazywa się: Karczma u Wdowca. Restauracja ta serwuje pyszne górskie obiady, desery, herbatę z prądem oraz śliwowicę w pięknie urządzonym wnętrzu drewnianej dwupiętrowej chatki i co najważniejsze, serwuje nam do jedzenia muzykę góralską z odtwarzacza np. zespół Ryzykanci z Murzasichle. W środku restauracji zobaczymy wiele eksponatów stricte górsko-rolniczych, które pobudzają nasz apetyt na super przyprawioną przekąskę w czasie oczekiwania na danie. Próbowałem wszystkich dań z karty menu i powiem szczerze, że każda potrawa była wyśmienita i obfita. W środku izby znajdują się duże sanie czekające do zaprzężenia w konie i duży komin. Można sobie wyobrazić tylko jak cudownie jest się tam znaleźć w lutym, kiedy za oknem jest mróz, okna zaparowane a my zmarznięci zajadamy sobie pyszne danie np. Harnasiowy przysmak z grulami i surówką oraz popijamy gorącą herbatą z sokiem malinowym i cytryną patrząc na żarzący się kominek oraz rumiane twarze bawiących się i zmarzniętych dzieciaków stojących przy nim... Tutaj znajdziecie link do strony karczmy: Karczma u Wdowca pod Wykrotem


                                                           Pizzeria Lechalet

Lechalet
      W Murzasichle mamy też klimatyczną włoską pizzerię założoną w 1991 r. przez rodzinę Graffi znajdującą się na ul. Sądelskiej 86B. Zanim podano pizzę ugoszczono nas na dworze w specjalnie wydzielonym miejscu dla stołujących się. Miła obsługa, bogate menu, ale to wszystko... Okazało się, że pizza którą jedliśmy była na dziwnym cienkim placku nie przypominającym placka pizzy (a może się nie znam?), była jakaś taka mało obfita a wcale nie wybraliśmy najtańszej – no i decydujące – okazała się zbyt droga. Choć stołowaliśmy się tam tylko raz i próbowaliśmy tylko jednej pizzy z menu, to mogę powiedzieć, że z pewnością tam kiedyś jeszcze zajrzę, by zmienić o niej moje negatywne pierwsze odczucie. Jednak góralski obiad w Karczmie u Wdowca zwyciężył nie tylko pod względem wartości odżywczych, ceny i dodatkowych korzyści.





3.  Murzasichle położone jest w sąsiedztwie Tatr i Tatrzańskiego Parku Narodowego więc posiada unikalne walory krajobrazowe i wypoczynkowe.

4. Posiada piękną zlokalizowaną na południe panoramę na Tatry począwszy od Kasprowego Wierchu poprzez Goryczkowe Szczyty, Kopę Kondracką, Giewont i aż po najdalej wysuniętą Gubałówkę.

5.  Bliskość do szlaku czarnego, który prowadzi do Gęsiej Szyi, Rusinowej Polany, Psiej Trawki, Morskiego Oka, Doliny Gąsienicowej, Kasprowego Wierchu i wiele innych.

6.  Piękny Kościół Najświętszej Marii Panny - Królowej Świata zbudowany w 1955 r.

---


Iwona Knapczyk "U Michałka"
   Miejsce, gdzie spędzamy zawsze wakacje to dom wypoczynkowy Iwony Knapczyk "U Michałka" http://www.murzasichle.umichalka.tur1.eu/ znajdujący się na ulicy Budzowej 12 C w Murzasichle. Jest to duży domek posiadający kilkanaście pokoi wyposażonych w tv, internet, łazienkę oraz stołówkę znajdująca się na paterze.  Za domkiem znajduje się słynna polana, gdzie można wypoczywać obserwując panoramę Tatr. Poniższy film jest całkowicie nagrany z Murzasichlowej polany obok domku wypoczynkowego: http://vimeo.com/27917543. Poniżej znajdziecie jeszcze kilka zdjęć pochodzących z Murzasichle. Gorąco namawiam na wypoczynek w tej uroczej miejscowości.




Murzasichle #1 (gdzieś na ul. Budzowej)

Murzasichle #2 (ktoś ściął już te drzewo...._)

Murzasichle #3